Lekcje wędkowania na Dziećkowicach

2022-07-22
Lekcje wędkowania na Dziećkowicach

Na szlaku – Śląska Zaporówka

Jestem osobnikiem lubiącym wędkarskie podróże. Uwielbiam poznawać nowe zbiorniki i podejmować wędkarskie wyzwania, a w związku z tym – rywalizację z innymi wędkarzami. W tej dziedzinie nie da się przeskoczyć do celu wielkim susem – do wszystkiego dochodzi się małymi kroczkami.

A zatem: znów jestem w trasie. Tym razem podróż nie jest tak długa, a jej cel przyprawia mnie o uśmiech. Jedziemy na Śląsk, żeby wędkować na Dziećkowicach. Poeksploatacyjny zbiornik leży w sosnowym lesie tuż za granicą województwa małopolskiego. To największy tego rodzaju obiekt w całym województwie – mieści aż 712 hektarów wody, a jego maksymalna głębokość wynosi 12 metrów. Dno jest piaszczyste, żwirowe, z twardymi placami, a przy tym niezwykle zróżnicowane, usiane licznymi górkami i spadkami. Przy brzegu rozpościerają się szerokie pasma trzcin. W skrócie: superciekawy zbiornik z szerokim rybostanem.

Jest tu też spora presja, ale nie ma się czemu dziwić – Śląsk to największa aglomeracja w Polsce, a przy tym mekka polskiego spinningu. Na Dziećkowicach łowi się bardzo wygodnie – nad jeziorem działa rybaczówka koła wędkarskiego w Lędzinach, dzięki czemu można wypożyczyć łódź za dosłownie parę złotych. Tym razem zapowiada się wyjątkowo ciekawie, bo będziemy wędkować z pierwszym teamem spinningowego Grand Prix Polski. Przyjechaliśmy tu razem z Danielem (naszym operatorem) i Kubą na zaproszenie moich serdecznych kolegów: Darka Wowry i Mateusza Kwiecińskiego. Zanosi się więc na pokaz wędkowania mistrzów. To dla mnie megaatrakcja – zawsze uwielbiam podpatrywać lepszych, a koledzy są na dodatek znawcami tego zbiornika.

Rekonesans i przygotowania

Docieramy nad Dziećkowice dzień wcześniej, żeby pokazać Kubie, jak wygląda zbiornik i spróbować się wpasować w obecne warunki. Z Darkiem i Mateuszem jesteśmy umówieni na następny dzień rano i chcemy już mieć jakieś konkrety. Osobiście znam ten zbiornik całkiem nieźle – wędkowałem tam wiele razy, zarówno hobbystycznie, jak i w ramach treningu przed mistrzostwami Polski. Jak określić go jednym zdaniem? Niezbyt daleko od domu, wygodnie i w miarę rybnie.

Dzień pierwszy mija na pływaniu, szukaniu skupisk drobnicy i aktywnych ryb oraz na próbach wpasowania się z przynętami. I choć widzimy bardzo dużo ryb, niestety nie są one skore do brań. Cóż zrobić – taki los wędkarza. Nie pozostaje nam nic innego, jak tylko poczekać na kolegów oraz przygotować zestawy i przynęty z nadzieją na lepsze jutro.

Zaczynamy lekcje!

Ranek nadchodzi bardzo szybko. Ledwie przyłożyłem ucho do hotelowej poduszki, a już zadzwonił budzik. Szybka poranna toaleta, kawa na stacji benzynowej i o piątej rano zbroimy łódź do wypłynięcia. Koledzy tuż obok wodują łódź swojego teamu. Ruszamy! Po szybkim przywitaniu jest czas na omówienie strategii. Chcemy łowić szczupaki, a później jeszcze sprawdzić sandacze, przy czym bardziej zależy nam na szczupakach. Nie spodziewamy się kolosów, chodzi nam raczej o ryby sportowych rozmiarów. Zamierzamy łowić podobnie jak na zawodach, tyle tylko, że bez rywalizacji 

wędkowanie na dziećkowicach

Lekcja pierwsza: łowimy przy trzcinach na wrzutki

Zaczynamy od obławiania pasma głębokich trzcin metodą na wrzutki. Przemieszczamy się wzdłuż niego, stajemy jakieś 5 metrów dalej i celując w same trzciny, obławiamy gumami pierwszy spad. Szybko, celnie, dalej i dalej. Nie ma co ukrywać: tego rodzaju łowienie jest o wiele łatwiejsze, kiedy ma się silnik dziobowy z funkcją kotwicy. Niestety, ryby nie reagują. Tymczasem ze stanicy wypływa coraz więcej łodzi. Robi się tłoczno – w końcu jesteśmy w pobliżu wielkiej aglomeracji. Właśnie tym różni się nasze wędkarstwo od śląskiego – jest tutaj dużo ludzi i żeby połowić, trzeba być naprawdę dobrym. Zmiana sytuacji zmusza nas do zmiany taktyki.

Lekcja druga: twitch nad polami sałaty

Szukamy placków z roślinnością, bardzo dokładnie ją obławiając. Kłopot polega na tym, że po chłodnej wiośnie ziele nie zdążyło jeszcze odbić i wcale nie tak łatwo znaleźć szerokie pasma. Wreszcie pierwsza ryba podnosi się do przynęty Kuby. Ma dobre 60 cm, ale przed samą łodzią rezygnuje z ataku i tyleśmy ją widzieli. Koledzy w tym czasie opłynęli już niezły kawał wody i zatrzymali się na dużej połaci roślin – popularnym miejscu o nazwie „sałata”. Pierwsze branie notuje Darek, a zaraz po nim rybę ma Mateusz. Dopływamy do kolegów i idziemy w ich ślady – zaczynamy łowić twitchami. Niedługo potem Darek spina naprawdę pięknego szczupaka. W końcu przychodzi kolej i na mnie – trafia mi się piękny strzał w woblera. Kiedy już oczyma wyobraźni podziwiam rybę w podbieraku, nagle pęka linka. Klasyczny błąd nowicjusza – nie przywiązałem zestawu, a plecionka musiała być gdzieś przetarta. Wielka szkoda, bo miodu nie ma i o rybę dziś bardzo trudno, ale cóż – bywa i tak.

łódką na dziećkowicach

Lekcja trzecia: sandacze z szybkiego opadu

Sztuka łowienia z szybkiego opadu nie jest mi obca, złowiłem już w ten sposób trochę sandaczy, ale dla naszego Kuby to zupełna nowość. Tymczasem chłopcy przemieszczają się na miejsce sandaczowe i w mgnieniu oka Darek spina ładną rybę przy łodzi. Trochę za nimi nie nadążamy. Mają zdecydowanie szybszy silnik elektryczny i błyskawicznie obławiają miejscówki. Postanawiamy podpłynąć pod trzciny, żeby poszukać okoni. Ryby co prawda są, ale kompletnie nie reagują na podawane im przynęty. Zmieniamy gumy, ale wciąż bez rezultatu, mimo że ryb są SETKI. Naprawdę, nie przesadzam.

Lekcja czwarta: łowimy w zielu, głęboko wpuszczając gumowe przynęty

Nie poddajemy się jednak i wracamy do poszukiwań szczupaków. Opłynęliśmy już większą część zbiornika i (podobnie jak ostatnio na Czorsztynie, tuż przy miejscu, gdzie swoją łódź wodowali nasi koledzy) natrafiamy na dużą kępę ziela. Stajemy tam w dwie łódki i rzucamy przynętami gumowymi w sam środek, prowadząc je najgłębiej, jak tylko się da. Koledzy z kadry działają jak kosiarki – co chwilę wyciągają kępę roślin – ale ten sposób działa. Pierwsze branie ma Darek. Strzał, zacięcie i… pudło. Pięć minut później trafia mu się jednak kolejna szansa i tym razem ryba ląduje w podbieraku. Mija kolejne pięć minut i przychodzi kolej na mnie. Czuję mocne branie, ale tak szybkie, że niestety nie trafiam z zacięciem. Po rybie zostaje tylko ślad zębów na przynęcie.

Czas podsumowań

Na tym kończy się nasza wspólna wędkarska wyprawa. Jak było? Super! Wprawdzie trochę jak w szkole, ale o to właśnie chodziło. Żeby być dobrym, potrzeba trochę zdolności, dużo praktyki i… wybitnych nauczycieli. Dopiero wtedy można z powodzeniem ukończyć wędkarską Sorbonę. Same zbiorniki też nie mogą być zbyt proste. Jedna fajna ryba upolowana na mocno eksploatowanym łowisku to często większy powód do dumy niż pięć ryb złowionych w stawie hodowlanym.

Podsumowując – chciałem serdecznie podziękować Darkowi i Mateuszowi za pokazanie nam zbiornika oraz prezentację sposobów na przechytrzenie ryb w trudnych warunkach. Wasze wyniki pokazują, że jesteście mistrzami w doskonałej formie. Życzę Wam powodzenia – na pewno dacie radę, reprezentując polski spinning w mistrzostwach świata na Orzyszu. Oczywiście zobaczymy się już niedługo.

To był bardzo udany weekend, wprawdzie niezbyt rybny, ale czasami (nawet w wędkarstwie!) ludzie są ważniejsi niż ryby. Poza tym jestem przekonany, że to spotkanie będzie procentować. Życzę samych pięknych chwil z wędką w ręku!

Do zobaczenia nad wodą
Piotr Boruch

 

Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką dotyczącą cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce.
Zamknij
pixel