Marcowe wędkowanie na Dunajcu – pstrągi i niespodzianka [RELACJA]

2022-03-23
Marcowe wędkowanie na Dunajcu – pstrągi i niespodzianka [RELACJA]

Wędkarskie rozterki – kiedy i gdzie?

Dni mijają tak szybko… Dopiero co otwieraliśmy sezon pstrągowy w Sromowcach, a kalendarz już pokazuje marzec. Kiedy to się stało? – pytałem sam siebie, planując kolejną wędkarską eskapadę. Niestety, życie biegnie coraz prędzej i prędzej. W szybszym tempie rosną już chyba tylko ceny benzyny.

Zastanawiałem się intensywnie, gdzie i kiedy mogę pojechać. Dawniej wszystko było takie proste; dopiero z wiekiem w głowie pojawiło się wiele pytań. Od dobrych kilku lat swoje wędkarskie wypady, szczególnie te dalsze, warunkuję korzystną prognozą pogody. Nie chodzi mi tu koniecznie o temperaturę czy opady – szczególną uwagę zwracam raczej na siłę wiatru. Śledzę też poziom wody i szybkość przepływu w rzece, w której mam zamiar wędkować. W dobie stworzonych do tego aplikacji jest to bajecznie proste. W ciągu kilku sekund wiem, czego mogę się spodziewać nawet w odległych zakątkach kraju. Oczywiście zostają jeszcze kamery z widokiem na rzekę, ale te albo są, albo ich nie ma. Dlatego najpewniejsze pozostaje śledzenie wahań poziomu wody. W ten sposób można uniknąć jechania na marne wiele kilometrów.

Dunajec to jedna z moich ulubionych rzek. Właściwie rzekłbym, że zawsze stawiam ją na pierwszym miejscu. Dlatego też moja decyzja była niemalże natychmiastowa. Dunajec! Tyle że tym razem zacznę wędkować od Sromowiec Dolnych, a później może pojadę w inne miejsce. Jeszcze tylko szybki telefon do kolegi po kiju i już wiem, że będę miał towarzystwo – będę wędkował z Kubą.

 

Wyprawa nad Dunajec – dzień wyjazdu

Wyjeżdżamy około ósmej rano. Kwadrans po dziewiątej parkuję samochód w Sromowcach niedaleko kościoła. Powolutku się przebieramy – jeszcze mrozi, więc nie ma się co spieszyć. Słońce nieśmiało przedziera się przez chmury, a co najważniejsze: nie wieje. Ponieważ Jakub nie łowił jeszcze pstrągów na dużej rzece podgórskiej, staram się mu przekazać jak najwięcej informacji jeszcze zanim wejdziemy do wody: jakie przynęty stosować, jak dobrać odpowiednią gramaturę, jak prowadzić zestaw. Chłopaki nazywają mnie w żartach „wujek dobra rada”, ale zawsze robię to w dobrej wierze.

Do wędkowania wybieramy rozległą płań z długą, głęboką rynną pod słowackim brzegiem. Niestety rynna jest dość daleko i żeby dorzucić do wytypowanego miejsca, musimy wejść do wody prawie po pas, chociaż temperatura Dunajca jest bliska zeru. Cóż zrobić – cel uświęca środki.

 

Zew wody i pierwsze pstrągi

Miałem być gościnny, tymczasem ląduję w wodzie jako pierwszy, a Kuba jest kilka metrów za mną. Kto łowił pstrągi, ten wie, że szanse pierwszego wędkarza są znacznie większe niż kolejnego. Może to nieładnie, ale zew wody okazuje się silniejszy od mojej gościnności.
Zakładam jaskółkę – kilkanaście rzutów bez efektu. Zmieniam na gumową imitację dżdżownicy i dalej bez rezultatu. Kątem oka dostrzegam spław pod drugim brzegiem, kilka metrów niżej. Wracam do jaskółki i rzucam pod drugi brzeg. Niestety, wciąż nic. Dopiero kilka minut później czuję delikatne branie ze środka rzeki. Jest! Wędka doskonale amortyzuje ataki ryby, hamulec kołowrotka jest wyregulowany bez zarzutu. Po krótkiej walce podbieram pięknego potokowca. Ładna, zdrowa ryba, około 40 cm długości. Wyczepiam sairę 6 cm, robię tylko pamiątkowe zdjęcie i wypuszczam pstrąga z powrotem w szmaragdową toń.

Wracam do wody i dalej próbuję szczęścia. Wystarczy kilka kroków i mogę dorzucić do miejsca, gdzie widziałem spław ryby. Rzut, podbicie przynęty, energiczne branie – i pewnie holuję drugą zdobycz. Pstrąg wściekle kręci młynki, wyskakuje nad lustro wody, a w końcu szczęśliwie ląduje w podbieraku. To naprawdę świetna ryba – może niewiele większa od poprzedniej, za to na pewno bardziej waleczna. W niedługim czasie łowię jeszcze dwa pstrągi podobnych rozmiarów. Istne szaleństwo!

Niestety Kuba nie może się wpasować. Próbuję naprowadzić go na właściwe tory, ale frycowe trzeba zapłacić. W końcu zaczynam marznąć, więc wychodzę z wody i zarządzam zmianę miejscówki.

 

Nowa miejscówka i niespodziewana zdobycz

Idziemy spacerem jakiś kilometr w górę rzeki i od razu robi się cieplej. Słońce jest już wysoko, zaczyna powiewać delikatny wietrzyk. Nowe miejsce, nowe możliwości! Wprawdzie jest tutaj inny wędkarz, ale i tak chcemy spróbować. Po krótkim: „Dzień dobry! Czy możemy porzucać poniżej?” dostajemy zielone światło i zaczynamy obławiać kolejną płań. Jeszcze raz pokazuję Kubie, co i jak. W tym czasie napotkany wędkarz zwalnia swoje miejsce. Rozdzielamy się – ja idę na wcześniej zajęte stanowisko, a Kuba zostaje poniżej. Zakładam perłowe kopytko od Savage Gear i obławiam wejście do dołka, przy którym stał kolega po kiju. Nie mija nawet dziesięć minut, a po podbiciu przynęty czuję twarde uderzenie. Od razu wiem, że ryba nie będzie mała. Zacinam. Ryba idzie tępo, murując do dna, a wraz z długością holu zaczyna rosnąć.

Często się zdarza, że duże ryby holowane delikatnymi zestawami dopiero po jakiejś chwili orientują się, co się dzieje. Tak właśnie jest w tym przypadku. Rzeczywiście, używam delikatnego zestawu – mam ze sobą wędzisko MSX Dragon do 12 gram (198 cm długości) i kołowrotek SG6 w rozmiarze 2500. Dopełnienie stanowi linka o wytrzymałości do 3 kg z delikatnym przyponem z żyłki 0,16 mm HM69. Przeciąganie linki trwa kilka minut – raz w lewo, raz w prawo. Wszystko odbywa się w pobliżu dna, więc wciąż nie znam swojego przeciwnika. Przez głowę przelatują mi różne myśli:

Może to tęczak? Kilka dni wcześniej gdzieś na tym odcinku padła sześćdziesiątka. Tylko dlaczego nie wychodzi do powierzchni…? A może jednak ogromny potok?

W końcu widzę błysk dużej ryby, a chwilę później dostrzegam ogon… szczupaka! Szanse na udany hol od razu drastycznie maleją. Nie mam żadnego przyponu, który stanowiłby zabezpieczenie przed ostrymi zębami, a szczupak na pewno głęboko połknął przynętę. Z drugiej strony jeszcze niczego nie przeciął, więc może jednak się uda… Schodzę kilka metrów w dół, gdzie widzę zwolnienie nurtowe. Będę się tam starał zakończyć walkę. Wprawdzie do tego jeszcze długa droga, bo ryba wciąż jest silna, a prąd wody nie ułatwia sprawy. Holuję, cały czas oceniając sytuację – delikwent ma około 90 cm. Mam podbierak, ale niedostosowany do takich ryb. Skoro tak, to będę zmuszony podebrać ręką, a to najbardziej ryzykowny moment. Czekam, aż ryba się zmęczy i w końcu wyprowadzam ją na płytką wodę. Staram się podebrać. Odbija na otwartą wodę – jeszcze nie tym razem. Nie poddaję się i próbuję dalej. Chwilę później zamierzony manewr się udaje. Nareszcie – szczupak jest mój! Połknął przynętę głęboko, ale że hak jest bezzadziorowy, udaje mi się go szybko odczepić.

Ryba jest piękna – ma dobre 90 cm, może nawet więcej. Ma zielone ubarwienie i jasno nakrapiane boki. Jest jedno „ale”: trwa okres ochronny, a to dla mnie priorytet. Dlatego też szybko, z uśmiechem na ustach, wypuszczam złowionego szczupaka. Zdobycz żwawo odpływa w toń Dunajca. Kuba wraca do wędkowania, a ja siadam na brzegu i sprawdzam przypon, przesuwając po nim palcami. Zero uszkodzeń. Niesamowite, że miałem tyle szczęścia.

 

Koniec pstrągowej wyprawy w Sromowcach Wyżnych

Właściwie mógłbym już zamknąć dzień, ale przed nami jeszcze co najmniej godzina wędkowania. Pogoda jest zresztą tak piękna, że zwyczajnie szkoda jechać do domu. Wsiadamy do samochodu i przejeżdżamy kawałek dalej, na inną miejscówkę. Wybieramy wolno płynącą płań z wielkimi głazami. Puszczam Kubę przodem z nadzieją, że dopisze mu szczęście. Wychodzi trochę przewrotnie, bo po kwadransie to ja mam pierwsze branie. Zacinam pięknego pstrąga, który od razu kręci młynki po powierzchni i wyskakuje. Uważnie holuję rybę, która po chwili ląduje w podbieraku. To na pewno największy pstrąg dnia – do tego grubiutki, aż miło patrzeć. Szybko odczepiam rybę i pstrykam pamiątkową fotę. Pstrąg majestatycznie odpływa, machając nam ogonem na pożegnanie.

Po kolejnej półgodzinie zarządzam odwrót – na dziś wystarczy. Szkoda tylko, że Kuba nie połowił, ale co zrobić: raz na wozie, raz pod wozem. Następnym razem na pewno będzie lepiej – wyciągnie wnioski i da mi popalić. Z mojego punktu widzenia ten dzień był niesamowity. Piękne ryby, świetne towarzystwo, do tego cudowna pogoda – czego chcieć więcej? Może tylko tego, żeby takie dni zdarzały się częściej :)

Pozdrawiam i do zobaczenia nad wodą!

Polecane

Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką dotyczącą cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce.
Zamknij
pixel