Sposób na toniowe wilki - jak łowić okonie?

2021-12-13
Sposób na toniowe wilki - jak łowić okonie?

Bardzo lubię łowić okonie, to takie wdzięczne rybki. Prawie zawsze można cieszyć się ich braniami. Złowienie dużej sztuki nie jest wprawdzie takie proste, ale zawsze można poszukać jakiegoś rozwiązania.
Ta historia przydarzyła mi się już jakiś czas temu, ale zawsze miło ją wspominam i chciałbym się nią z Wami podzielić. Przy okazji zdradza ona sekret skutecznego łowienia jesiennych garbusów – dużych, spasionych ryb, które potrafią śnić się po nocach.


Prolog


Właściwie scenariusz wyjazdu zacząłem układać w głowie już na kilka dni przed wyprawą. Cofnę się jednak do samego początku tej historii. Parę dni przed właściwą rozgrywką, przy próbach łowienia sandaczy, znalazłem super miejscówkę z ogromnym stadem uklei i pięknymi okoniami. Udało mi się wtedy złowić kilka średniej wielkości ryb, jednak sprzęt, którym na tamten moment dysponowałem, nie nadawał się za bardzo do finezyjnego łowienia garbusów. Zanim jeszcze wróciłem do domu, przyrzekłem sobie, że kolejnym razem będę lepiej przygotowany i spróbuję wyrównać rachunki z pasiastymi rozbójnikami.


Przygotowania - jak przygotowac się do łowienia okoni?


Dni mijały, a ja cały czas trzymałem rękę na pulsie. Rozpuściłem wici – wiedziałem, że ryby są aktywne. Odwiedziłem sklep wędkarski, gdzie uzupełniłem zapas przynęt do łowienia w toni. Wziąłem kilka jaskółek Berkeleya w wielkości 3 i 4 cale, a do tego trójkątne główki między 4 a 7 gram i kilka woblerów do twitchowania w toni. W końcu przygotowałem odpowiedni zestaw do łowienia i czekam w gotowości. Jeszcze tylko telefon do kolegi po kiju i wiem, że będę miał towarzystwo.


Zaczynamy przygodę z łowieniem okoni


Wreszcie nadszedł dzień wyjazdu. Pobudka nieco przed piątą rano, wschód słońca widziany w drodze między Krakowem a jeziorem Czorsztyńskim. Coś pięknego! Niecałe dwie godziny później wodujemy już łódź w zatoce w Kluszkowcach. Jezioro Czorsztyńskie wita nas słoneczną październikową pogodą i lekką bryzą wiejącą od strony Tatr. Określamy cel naszej wyprawy. Jesteśmy zgodni: poświęcimy dzień okoniom. Mierzyć trzeba wysoko – polujemy na rybę powyżej 40 cm. Można by rzec, że to pewnego rodzaju zuchwałość z naszej strony, ale warto się postarać, żeby osiągnąć tak wygórowany cel. Jest sobota i (jak niemalże w każdy weekend) po jeziorze pływa wiele łodzi. Mijamy kilka z nich – wszyscy starają się łowić sandacze. Machamy znajomym i podążamy na wcześniej wybraną miejscówkę. Jest nieźle, nie zajęła jej żadna z ekip. Opływam wytypowane miejsce. Ryby są, co pokazuje echosonda, jednak tym razem drobnicy jest zdecydowanie mniej – kilka dni wcześniej były tam ogromne ławice uklei. Patrząc w ekran echosondy, myślę na głos: „stawać, nie stawać…? Niewiele tu jest”. Wtedy słyszę zza pleców głos kolegi: „ryby mają ogon po to, żeby pływać”. Ta jakże znamienita sentencja przekonuje mnie, żeby stanąć i spróbować. Rzucamy kotwicę i do dzieła! Stary dobry Fenwick z kołowrotkiem Spro Red Arc 10200 i pletką 0,03 są gotowe do działania. Na końcu zestawu wiążę czterocalową jaskółkę i rozpoczynam toniowy taniec. Woda jest głęboka, ponad dziesięć metrów, ale na powierzchni widać pojedyncze oczka drobnych ryb. Moja przynęta podskakuje jednak dużo płycej, bo gdzieś w okolicach trzeciego metra. Po mniej więcej dwudziestu minutach lekkie przytrzymanie – i na końcu zestawu melduje się pierwszy pasiak. Ryba jest średnich rozmiarów, ale na delikatnym sprzęcie walczy wspaniale. Przestawiamy łódź i podpływamy bliżej brzegu. Jest tam mała zatoczka i jakby więcej uklei. W krótkim czasie udaje nam się złowić kilka fajnych sportowych ryb. Do ustalonego celu brakuje nam jednak kroku milowego. Płyniemy dalej. Szukamy miejsca bliźniaczego do tego sprzed kilku dni, gdzie uklei było więcej niż wody. Wolne żarty, można by rzec. Tymczasem…


Ostateczna rozgrywka


Po dobrych trzech godzinach pływania znajdujemy zatokę, w której ukleje sięgają od czwartego do dziesiątego metra głębokości. Ryby oczekują też na powierzchni. Od razu wiem, że do końca dnia zostaniemy właśnie tutaj. Stajemy na skraju wielkiego stada, rzucając w jego środek, by potem łowić na jego skraju. Jaskółka pięknie tańczy, podbijana delikatnymi ruchami szczytówki kija. Ostrożne puknięcie – i jest niezła ryba. Po kilku chwilach w podbieraku melduje się piękny okoń. Szybko przykładam go do miarki: 38 centymetrów. Cel jest blisko, jednak magiczna granica 40 dalej nie została przekroczona. Opływamy stado drobnicy z drugiej strony i stajemy w jego zasięgu. Gdzieś może w trzecim rzucie pojawia się delikatne branie, jakbym najechał jakąś trawkę. Zacinam i z miejsca rozumiem, że ryba jest naprawdę duża. Holuję delikatnie, z wyczuciem, ale pewnie. W początkowym etapie holu stawiam na sandacza. Ryba mocno bije w dno i cały czas pozostaje w głębszych partiach wody. Nie trzepie też głową – a to przecież ruch charakterystyczny dla okoni. Hamulec kołowrotka działa bez zarzutu, ryba się nie poddaje. Mija dłuższa chwila i dalej nie wiadomo, co jest na końcu zestawu. Wtem ryba zmienia sposób walki i zaczyna szybko płynąć ku powierzchni. „Szczupak…?” – pytam sam siebie. Za moment zdobycz znów bije w dno, jednak walka nie trwa zbyt długo. Kolejne podniesienie do powierzchni i staje się jasne, że na końcu zestawu szaleje wielki okoń. Ryba ma na pewno ponad czterdzieści centymetrów. Jeszcze chwila i ląduje w podbieraku. Okaz jest pięknie wybarwiony: boki miodowo brązowe, w szerokie czarne pasy, a płetwy – pomarańczowo czerwone. Radości nie ma końca. Piękny, wygarbiony okoń trafia na miarkę, która wskazuje 45,5 cm. Kilka szybkich zdjęć i po niecałej minucie ryba wraca w głębiny jeziora Czorsztyńskiego. Odpływa majestatycznie, machając ogonem na pożegnanie. Siadam na łódce, biorę głęboki oddech, adrenalina buzuje w żyłach. Piękna chwila. Może kiedyś jeszcze się spotkamy.


Epilog


Ta historia sprawiła, że do końca jesieni prawie każdy wyjazd poświęcałem okoniom. Ryb szukałem w różnych miejscach, jednak kluczem do sukcesu było znalezienie dużych stad uklei. Prawie zawsze kręciły się tam też piękne okonie. Miałem swoje sposoby: najważniejsze było odpowiednie dopasowanie głębokości łowienia. Duże ryby żerowały w toni, ścigając stada uklei. Okonie stojące przy dnie nie chciały reagować na podawane przynęty – brały tam same maluchy. Dlatego najlepiej sprawdzały się przynęty statyczne, prawie bez akcji. Bardzo lubię takie łowienie – niesie ono za sobą wiele opcji prowadzenia przynęty. Właściwie wszystko zależy od finezji wędkującego. Żeby móc wyciągnąć właściwe wnioski co do tego, gdzie w danej chwili żerują okonie, trzeba bardzo pilnie obserwować zarówno zachowanie drobnych rybek przy powierzchni, jak i echosondę.


Wielkie okoniowe żarcie trwało gdzieś do połowy listopada. Toniowe wilki reagowały na podawane przynęty raz lepiej, raz gorzej. Cechowało je jedno: każda taka ryba to był naprawdę wielki okaz. Mniej więcej pod koniec listopada ukleje odpłynęły na głęboką wodę, a wraz z nimi zniknęły też okonie. Rozpoczął się czas sandacza. Ale to już inna historia…

Niech się łowi!
Piotr Boruch

Cykl: Z wędkarskiego notatnika

 

 

 

Polecane

Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką dotyczącą cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce.
Zamknij
pixel